„Emmę” obejrzałem już jakiś czas temu (jeszcze przed zamknięciem kin), ale nie byłem pewien czy mam o niej coś do powiedzenia. Stwierdziłem jednak, że kilka spostrzeżeń się znajdzie, bo to tak naprawdę całkiem pojemny film. Pojemny w sensie tematów, które porusza. Myśl ta naszła mnie, gdy zacząłem oglądać serial „Kingdom” na Netflixie. To całkowicie odmienna produkcja od „Emmy” – sam fakt, że w ekranizacji książki Jane Austen próżno szukać zombie. Mimo wszystko kostiumowość i skupienie się na pokazywaniu przepaści między klasami społecznymi, w obu filmach, skłoniła mnie do refleksji nad tym z jak różną wrażliwością można pokazać kulturę społeczeństwa.
Obraz malowany akwarelą
Ale zacznijmy od początku – nie jestem ani wielkim fanem historii rozgrywających się w XIX wieku, ani nie czytałem książki, na której podstawie zrealizowano film. Po seansie „Małych kobietek” stwierdziłem, że tego typu historie mogą być naprawdę wartościowe i stąd spontaniczna decyzja o wybraniu się do kina na „Emmę”. Wcześniej nie widziałem żadnego trailera, w ogóle nie miałem pojęcia o fabule.

Już od pierwszych minut filmu zostałem oczarowany klimatem widowiska. Stylistyka utrzymana w pastelowych, niekiedy mocno wypłowiałych, odcieniach, tworzy naprawdę interesującą oprawę dla akcji, która ma miejsce na ekranie. Z jednej strony od razu ma się poczucie nierealności, z drugiej jest to nierealność rozumiana jako zaleta – poczucie zanurzenia w obrazie wyjętym ze starej pocztówki. Przyznaję, że nie każdemu musi odpowiadać taki styl. Zapewne wiele osób stwierdzi, że jest zbyt bajkowy, dla mnie jednak był to strzał w dziesiątkę jeśli chodzi o decyzje kreatywne.
Obsada na medal
Inną świetną decyzją był wybór aktorów. Urzekła mnie zwłaszcza Anya Taylor-Joy w roli Emmy. Aktorka ma dość specyficzną urodę, nie można powiedzieć, że nie jest ładna, ale jednak jej rysy twarzy nie pasują do klasycznego kanonu urody. Jest jednak coś w jej twarzy co przykuwa wzrok.
Niemniej powierzchowność to rzecz drugorzędna w kwestii aktorów, o wiele ważniejsze są umiejętności. I tych nie brakuje wśród pierwszoplanowej obsady. Anya świetnie odgrywa, w gruncie rzeczy, dość antypatyczną i irytująca, Emmę. Johnny Flynn wspaniale wcielił się w przyjaciela z dzieciństwa, który jest zewnętrznym sumieniem Emmy. Sumieniem często ignorowanym. Mia Goth bardzo pociesznie gra nieporadną Harriet, przyjaciółkę głównej bohaterki. Natomiast Bill Nighy w roli hipochondrycznego ojca Emmy to prawdziwa aktorska wisienka na kastingowym torcie filmu. Niestety tak jak metaforyczna wisienka względem tortu, tak i Billa Nighy’ego jest stosunkowo mało.

Żeby być jednak uczciwym względem Was Drodzy Czytelnicy, muszę zaznaczyć, że gdy mówię o znakomitej grze aktorskiej, nie mam na myśli gry realistycznej. Emma to film kostiumowy, który zarówno stylistyką, jak i grą aktorską tworzy pewne wrażenie kukiełkowości. Aktorzy więc grają teatralnie, bohaterowie zachowują się przesadnie, a sytuacje są kuriozalne. Wszystko to jednak jest w jak najlepszej zgodzie z zamierzeniami scenariusza i wizją świata. Taka gra dodatkowo pokazuje jak sztuczny i sztywny był świat elit XIX wieku.
Teatr na miarę epoki
W tym miejscu wypada przejść wreszcie do jakiegoś skrótu fabularnego. Emma to córka bogatego Pana Woodhouse’a. Jej starsza siostra wyszła właśnie za mąż, czemu przysłużyły się umiejętności Emmy. Tytułowa bohaterka bowiem zajmuje się swataniem ludzi. Traktuje to jako hobby mające zabić nudę. W swojej intuicji pokłada pełne zaufanie. Co bardzo istotne, podczas kojarzenia par, pomija całkowicie zdanie obiektów swatanych. George Knightley, przyjaciel z dzieciństwa, często wypomina jej próżność, oraz inne przywary, gdyż Emma, będąc bogatą córką lorda, sama nie planuje zamążpójścia. Akcja komediodramatu rozkręca się w momencie, gdy Emma zaprzyjaźnia się z ubogą pensjonarką Harriet Smith. Jak możecie się domyślić próby zeswatania przyjaciółki oraz zaloty różnych dżentelmenów względem Emmy, stają się osią fabuły.
Wspomniałem na początku o pojemności tego filmu. Poza warstwą komediowo-dramatyczną i romantyczną, film pokazuje także mentalność rozwarstwionego angielskiego społeczeństwa w XIX wieku. Pokazuje bardzo wprawnie i dosadnie, chociaż często stosuje skromne środki. Są tutaj sceny, w których widzimy jasno, jak istotne dawniej było urodzenie. Różnice występowały nie tylko między plebsem i arystokracją, ale także między elitą o odmiennym stopniu posiadania. Kilka scen w filmie pięknie obrazuje jak zamożność wpływała na podejście do życia.

Emma uosabia zblazowaną damę, która mimo dostępu do wszelakich dóbr, nie dba o swój rozwój i zatapia się w narcystycznej próżności. Szczególnie widoczne jest to w zestawieniu z Jane Fairfax, która jest sierotą mieszkającą ze zubożałą ciotką. Jane pielęgnuje swoje umiejętności i wiedzę – stanowią one jej kapitał. Filip Elton to ambitny pastor, który wydaje się cenić w kobietach jedynie potencjalny awans społeczny, który mogą mu zapewnić w wyniku małżeństwa. Frank Churchill to kawaler i dziedzic ogromnego majątku, mimo bogactwa przejawia roztropność oraz cnotę.
Tak można by wymieniać dalej, gdyż każdy bohater ma w filmie swoje miejsce i rolę, bowiem całe widowisko to tak naprawdę misternie zaprojektowana panorama społeczeństwa. Nawet takie drobnostki, jak całkowite pominięcie osobowości służących, którzy przewijają się przez wiele scen, ale nie mają swojego reprezentanta na pierwszym planie, uznaję za celowy zabieg, wiele mówiący o pozycji służby w XIX wieku.
Kilka słów porównania
We wstępie wyszedłem od porównania do serialu „Kingdom”, wypada więc jeszcze o nim wspomnieć. Podczas gdy „Emma” pozwala przyjrzeć się pewnym zależnością klasowym, ukazując je poprzez, niekiedy naprawdę drobne, elementy, tak „Kingdom” w kwestiach społecznych jest zwyczajnie łopatologiczny. Chłopi i służba gną się w pokłonach gdy trzeba, szlachta złowrogo wyzyskuje biedotę, a szlachetny książę… jest szlachetny. Obejrzałem dopiero pięć odcinków serialu, więc nie będę wypowiadał się o całości. Chciałbym tylko zaznaczyć, że zasadniczo, mocno ograny schemat „Emmy” i jej bardzo klasyczne archetypy bohaterów potrafią powiedzieć więcej o otaczającym ich świecie, niż współcześnie opracowany scenariusz wieloodcinkowego serialu. Jest tak dlatego, ponieważ snucie opowieści w tle fabuły to naprawdę trudna sztuka. Mam na myśli kreowanie świata i ukazywanie zagadnień, które nie są stricte związane z drogą do finału fabuły.
Z tą myślą zostawiam Was i polecam poczekać aż Emma trafi na streaming lub do telewizji.
Sebastian Sienica
