Czy dziwaczne przygody są naprawdę tak niecodzienne – recenzja JoJo’s Bizarre Adventure

Piszę tę małą recenzję ponieważ wreszcie uległem poleceniom znajomych – i wiecie co, nie żałuję. Musicie wiedzieć Drodzy Czytelnicy, że „JoJo” to bardzo dziwne dzieło z kilku powodów i zamierzam te powody opisać, ale zanim do tego przejdę zacznijmy od początku.

Geneza kuriozum

Anime, którym zajmę się w niniejszej recenzji, jest produkcją będącą ponownym podejściem do ekranizacji mangi stworzonej przez Hirohiko Arakiego w latach 80. Pierwsza adaptacja z 1993 roku została wydana jedynie w dystrybucji na kasety VHS i płyty DVD. Oględnie mówiąc nie spotkała się ona z entuzjazmem fanów, przynajmniej na zachodzie. Całkowicie inaczej ma się rzecz, jeśli chodzi o telewizyjną animację z roku 2012, tę o której piszę. Może to tylko kwestia bańki, w której żyję, ale „JoJo”, w moich kręgach, ma status produkcji kultowej. Słyszałem o tym anime z ust niejednego znajomego, co więcej, mam na myśli znajomych, których poza moją skromną osobą, nie łączy nic. Także spoglądając na oceny „JoJo” na portalach recenzenckich oraz na liczbę memów odnoszących się do tej produkcji, można odnieść wrażenie, że to obecnie jedna z bardziej znaczących animacji.

 Araki Hirohiko autor mangi JoJo
Autor mangi „JoJo” Araki Hirohiko – zdjęcie pochodzi z oficjalnego twittera twórcy.

Niestety autor tego tekstu już tak ma, że jeśli coś jest popularne i przesadnie promowane – przynajmniej w jego odczuciu, to bywa przez autora pomijane. Wiem, to dość głupie podejście i nieraz przekonałem się, że często szum wokół dzieła jest zasłużony, chociaż nie zawsze z powodów artystycznych. Jednak ciągle mam problem z wyciągnięciem nauki z doświadczeń i omijam, wymijam oraz lawiruję jak mogę żeby tylko nie zetknąć się z dziełem będącym aktualnie na topie. Nie jest tak zawsze i najczęściej przychodzi moment, że w końcu po dane dzieło sięgam – całe szczęście. Tym razem też tak było.

Osobliwy na pierwszy rzut oka

Tym co pierwsze rzuca się w oczy po odpaleniu „JoJo’s Bizarre Adventure” jest tzw. kreska – czyli styl w jakim narysowano animowane postaci i ich otoczenie. Gdybym miał porównać ten styl animacji z jakąś inną produkcją najprawdopodobniej wskazałbym na Hellsinga Ultimate. W „JoJo” styl jest bardzo charakterystyczny i trzeba to otwarcie powiedzieć, nie każdemu przypadnie do gustu. Mnie na początku odrzucił, ale z czasem przekonałem się do niego i zacząłem rozumieć jaki dobrze koresponduje z opowiadaną historią. Bohaterowie są nienaturalnie umięśnieni, rysy twarzy, nawet kobiecych są niczym wyciosane w kamieniu, a kolorystyka i cieniowanie zmieniają się w zależności od wymogów sceny. W ogóle proporcje bywają tu wykorzystywane dość swobodnie. Brzmi strasznie, ale całość jest zamierzona i podkreśla jedynie groteskowość fabuły.

Wham, ACDC i Set z anime JoJo
Jak sami widzicie styl graficzny jest dość specyficzny. Powyższy kadr daje także próbkę dziwnych póz, które bohaterowie przybierają nader często.

Cudaczna saga

Co zaś się tyczy samej fabuły, tutaj sprawa także wygląda interesująco, gdyż historia omawianego sezonu, a jak wiem z doniesień znajomych, także kolejnych sezonów, przeskakuje co jakiś czas do kolejnego przedstawiciela rodziny Joestarów. Opowieść bowiem koncentruje się właśnie na Joestarach i ich zmaganiach z użytkownikami, a później i z twórcami tzw. kamiennych masek – artefaktów mogących przemienić człowieka w wampira. Właśnie ta koncentracja na rodzinie jako na bohaterze zbiorowym i zmiana realiów historycznych jest jednym z najciekawszych elementów „JoJo”.

W tej części poznajemy dwóch bohaterów i dwie epoki – Jonathana żyjącego w XIX wieku i Josepha, którego poznajemy w roku 1938. Co najważniejsze każdy z bohaterów jest inny, mają oni wspólne cechy, co można wyjaśnić więzami rodzinnymi, ale zasadniczo jako widz czułem, że Joseph nie jest tylko kalką Jonathana przeniesioną do innej epoki – ma on swój własny charakter i motywacje, to duży plus.

Ciężar opowieści eskaluje i jak przystało na produkcje, których grupę docelową określa się jako seinen, także moce protagonistów rozwijają się w bardzo szybkim tempie (seinen – mężczyźni w wieku od 18 do około 30 lat, jedna z grup odbiorców, do których kierowane są anime). Dobrze przeczytaliście, nasi bohaterowie mają supermoce, bo jak inaczej mogliby poradzić sobie z potężnymi wampirami. Korzystają oni z tzw. „fali” czyli energii wytwarzanej przez organizm. Energia ta może być przenoszona przez żywe organizmy, chociaż także inne tworzywa mogą ją przewodzić. Opis tejże mocy jest dość mętny i przyznaję, że nie do końca wiem co twórcy mieli na myśli.   

Nie taki odmieniec dziwny jak o nim mówią

Jeśli fabuła, jak dotąd, nie brzmi dziwnie śpieszę uspokoić, lub zaniepokoić, że im dalej z odcinkami tym robi się dziwniej. W tym miejscu jednak rozbijamy się na pierwszej z moich uwag względem „JoJo”. Jest dziwnie, ale ową dziwność odczują raczej osoby niezaznajomione z anime, mangą i popkulturą Kraju Kwitnącej Wiśni. Bohaterowie zaczynają okazywać emocje w najmniej spodziewanych momentach, robią to z teatralną przesadą. Zdarza się, że jakaś postać pozna inną i po pięciu minutach jest w stanie oddać za nią życie. Wiele postaci ma imiona, które brzmią swojsko dla zachodniego odbiorcy, a jednocześnie nienaturalnie jako imię. Autor bowiem postanowił inspirować się nazwami zespołów muzycznych i ksywkami ich członków, mamy więc takie postaci jak Zeppeli, Wham, ACDC czy Speedwagon. W tym jednak miejscu, jako animowemu wyjadaczowi, ciśnie mi się na język fraza z piosenki Maryli Rodowicz – „Ale to już było…”. Żaden z tych elementów nie odbiega aż tak mocno od gatunkowego standardu, a przecież miało być „Bizarre”. Czy więc zostaliśmy oszukani jako widzowie?

Dio z anime JoJo
Pierwsza cześć sezonu to romantyczno-awanturnicza historia w stylistyce anime. Drugiej części odcinków nie sposób przypisać do jednego gatunku.

„JoJo” posiada także elementy naprawdę dziwne, które objawiają się raczej w ogólnych zarysach i w detalach. Wspomniana już oprawa wizualna, muzyka, która różni się od utworów w większości japońskich animacji, przenoszenie się w czasie wraz z kolejnymi bohaterami i zachowanie wielu z postaci, łączące wygląd macho i pewien szczególny rodzaj poruszania się i mówienia, który jest mocno kobiecy. Całość stanowi unikalne połączenie elementów, jednak skłamałbym, mówiąc że nie liczyłem na więcej. Widziałem co najmniej kilka produkcji, które były bardziej zakręcone. By podać pierwszą z brzegu „Full Metal Panic? Fumoffu”.

Nieszablonowość nie dla każdego

To co napisałem wcale jednak nie oznacza, że się zawiodłem. „JoJo’s Bizarre Adventure” jest bowiem naprawdę dobrą produkcją, wartą obejrzenia. Słyszałem, że z czasem ma być jeszcze dziwniej, więc możliwe, że kolejne sezony, których jak możecie się domyślić, jeszcze nie widziałem, okażą się tak zwariowane, że rozwieją moje wątpliwości. Przede wszystkim interesuje mnie jak potoczy się historia kolejnych pokoleń Joestarów. Czy tak jak pierwsza dwójka, bohaterowie będą się od siebie różnić na tyle, że ich losy nie będą przewidywalne. Pytań mam dużo i z chęcią sięgnę po odpowiedzi.

W tym miejscu należy jednak zaznaczyć, że „JoJo” i szerzej anime tego typu, nierealistyczne nie opowiadające historii autentycznych, nie są kierowane dla każdego. Każda produkcja ma swój próg wejścia, w odniesieniu do każdej fikcji potrzebne jest tzw. zawieszenie niewiary, niemniej różnice kulturowe sprawiają, że anime wymaga trochę większego przymrużenia oka niż zachodnie seriale czy kreskówki. Dlatego też cieszy mnie, że platformy takie jak Netflix inwestują we własne produkcje z tej kategorii oraz udostępniają wiele kultowych dzieł sprzed lat. Dzięki temu jest szansa, że nowe pokolenie widzów będzie lepiej zaznajomione ze wschodnimi dziełami i bardziej otwarte na inność, przynajmniej w obszarze popkultury.    

Sebastian Sienica

Dodaj komentarz