Tak jak w tytule, początkowo miałem napisać recenzję filmu „Tyler Rake: Ocalenie”, dawno nie było na blogu recenzji filmu, jednak jeszcze więcej czasu minęło od publikacji felietonu. „Tyler Rake” natomiast jest całkowitym średniakiem, o którym trochę mi szkoda czasu pisać, jeśli jest coś ważniejszego do omówienia. Seans nowej produkcji Netflixa skłonił mnie jednak do pewnych rozmyślań. Może i film z Chrisem Hemsworthem nie jest arcydziełem, ale czy gdybym obejrzał go w kinie też stwierdziłbym, że nie warto na niego strzępić klawiatury?
Taki sam, a jednak inny
Dzisiaj będzie o różnicach między odbiorem filmu na wielkim ekranie i na domowym telewizorze oraz może trochę o innych czynnikach wpływających na nasze postrzeganie dzieł kultury. Czy nie mieliście tak Drodzy Czytelnicy, że wychodziliście z seansu w kinie będąc zachwyconymi obejrzanym dziełem – mogliście wysławiać je pod niebiosa, a przynajmniej pod strop galerii handlowej, w której mieści się wasze kino? Na pewno zdarzyły się takie filmy. Czy jednak nie było też takich, które mimo podobnej reakcji po wyjściu z kina, gdy widzieliście je drugi raz w telewizorze lub na ekranie laptopa okazywały się „tylko” dobre albo wręcz kiepskie?
Ja miałem tak wiele razy. Łatwo to wytłumaczyć – film raz obejrzany już nie zaskakuje fabułą, wiemy czego się spodziewać, dostrzegamy wady, bo przecież nie musimy skupiać się już tak bardzo na fabule. Ale jak do tego mają się te filmy, które oglądane po raz setny dalej zachwycają niemalże tak samo, o ile nie bardziej, niż za pierwszym razem? Prawdziwie dobry film, moim zdaniem, jest ponadczasowy, przynajmniej pod względem pewnych elementów.
Punkt widzenia, a cena siedzenia
Z wieloma filmami jednak jest tak, że to co w nich cenimy to nie tyle one same, ale raczej okoliczności w jakich je oglądaliśmy, towarzystwo, magia chwili itp. Mam na myśli sentyment, ale nie tylko. Wyjście do kina jest po prostu swoistym rytuałem, który jak każdy rytuał, wiąże się z pewnymi czynnościami wywołującymi określone stany. Sam fakt, że do kina musimy wyjść, a więc mówiąc kolokwialnie – przenieść swój środek ciężkości z wygodnej kanapy i własnego domu do kina, niekiedy znacznie oddalonego od naszego mieszkania – jest pewnym wydatkiem, kosztem poniesionym na rzecz dobrej rozrywki.

Skoro więc zapłaciliśmy cenę – w postaci pieniędzy, czasu i wysiłku – nasze „ja” żeby nie czuć się frajerem musi uzasadnić całą eskapadę nawet jeśli film był średni. Nasze poczucie wartości może zależeć od tego czy przekonamy samych siebie, że nagroda była warta kosztu. Tylko może, bo jak zawsze w przypadku naszej psychiki czynników wpływających na zachowanie jest wiele. Nie możemy jednak przeceniać potęgi mechanizmów działających w naszych mózgach. Psychologia już dawno udowodniła, że bardziej cenimy to w co więcej zainwestowaliśmy, czy nawet dla czego więcej poświęciliśmy.
Rytuały naszych czasów
Inną sprawą jest sam rytualny charakter wypadu do kina. W dzisiejszych czasach mamy niewiele rytuałów w dawnym znaczeniu tego słowa. Instytucje takie jak rodzina, Kościół, państwo czy nawet nasi sąsiedzi – tracą na znaczeniu. Nawet gdy są obecni w naszym życiu, zazwyczaj wymagają od nas mniej niż w minionych wiekach. Tempo życia wzrosło i odarło nas z przyzwyczajenia do długich ceremonii. Są oczywiście plusy takiego stanu rzeczy, ale istnieją także minusy. Każdy człowiek, mniej lub bardziej, w zależności od charakteru, potrzebuje pewnej stabilizacji i rzeczy powtarzalnych. Dawne ceremonie i rytuały dawały poczucie bezpieczeństwa i zakotwiczenie w codzienności. Dzisiaj, mimo że mówi się o odchodzeniu od starych wartości, dawne potrzeby nie zniknęły, a nowymi rytuałami stały się między innymi wyjścia do instytucji kultury.
Oczywiście można powiedzieć, że każdy z nas ma swoje małe rytuały. Picie zawsze z tego samego kubka, indyk w każdą niedzielę lub poobiednia drzemka. Nie są to jednak pełne rytuały, bo te oprócz powtarzalności i pewnej schematyczności powinny mieć także element społeczny – działanie w grupie. Kino ma taki charakter, nawet jeśli wychodzimy do niego samotnie, to zazwyczaj na sali są także inni ludzie, po drodze wchodzimy w interakcję z obsługą, a po seansie opowiadamy znajomym o wrażeniach z produkcji. Uważam, że to sprawia, że choćby nieświadomie odbieramy wyjście do kina w kategoriach rytuału. Zwłaszcza jeśli mamy także nawyk chodzenia po filmie do restauracji czy omawiania filmu ze znajomymi. To też może wpływać na nasz odbiór wyświetlanych produkcji.
Technologia, a przyjemność z seansu
Nie można też pominąć najoczywistszego aspektu – technologii używanych w kinie. Nieważne jak wielki i zaawansowany technicznie mamy telewizor oraz nagłośnienie, nie są one takie jak w kinie. Może mamy obraz lepszej jakości, a dźwięk jest czystszy, ale to dalej oznacza, że jest on inny. Zaciemniona sala kinowa to dość unikatowe otoczenie. Sama kubatura pomieszczenia, siedzenia na widowni i specyfika obrazu wyświetlanego za pomocą rzutnika dają trudne do odwzorowania na telewizorze doznanie.

Niektóre filmy wyglądają lepiej w 4K na ekranie telewizora, ale inne na tym tracą. Sam wiele razy złapałem się na tym, że irytuje mnie obraz na domowym monitorze – za dużo szczegółów odwracających uwagę od akcji, zbyt duża ostrość i to wrażenie, że na ekranie w kinie nie dostrzegałem wad rekwizytów i kostiumów, które są nie do pominięcia przy seansie na lepszym sprzęcie. Może to tylko moje zdziwaczenie, ale jako, że nie uważam się za jednostkę unikalną, sądzę, iż przynajmniej część z Was ma podobnie.
Relatywnie i obiektywnie
Więc jak to jest – postrzegamy filmy, bo są naprawdę dobre, czy dlatego, że okoliczności sprawiły, że tak je postrzegamy? Przecież wspomniałem przelotnie o sentymencie i towarzystwie ludzi podczas seansu. Mogliśmy na danym filmie doświadczyć swojego pierwszego pocałunku, a może przeciwnie tego dnia gdy go oglądaliśmy straciliśmy pracę i przez to film nam całkowicie obrzydł. Prawda jest taka, że oceniamy zarówno film jak i okoliczności jego obejrzenia. O wpływie tych drugich świadczyć mogą takie reakcje jak ta opisana w pierwszych akapitach. Za tym, że jednak jakaś obiektywna jakość filmu istnieje przemawiać może uznawanie niektórych dzieł za lepsze od innych przez większość osób. Można by argumentować, że w grę wchodzą inne mechanizmy psychologiczne jak społeczny dowód słuszności, wpływ opinii ekspertów itd. ale nie to jest tematem tego tekstu.
To co chciałbym przekazać tym felietonem to zrozumienie jak wiele czynników wpływa na nasze oceny. Czasami sami nie zdajemy sobie sprawy z tego dlaczego coś nam się podoba, a coś innego nie. Miejcie to na uwadze szczególnie w momentach zażartych dyskusji o jakości pewnych dzieł. Dodatkowo gdy znów usłyszycie jak to po epidemii kina przestaną istnieć zastanówcie się, czy tak się na pewno stanie, a jeśli tak to czym zastąpimy sobie zniknięcie kolejnego rytuału z naszego życia.
Sebastian Sienica
