Z czym kojarzy wam się science-fiction? Statki kosmiczne, obce planety, kosmici i trasa na Kessel w mniej niż 12 parseków. A co przychodzi wam na myśl gdy mówię „cyberpunk”? Korporacje rządzące światem, sztuczne kończyny dające nadludzką siłę, wszechobecna cyberprzestrzeń i Keanu Reeves jako Johnny Silverhand. Tego tu nie będzie za wiele, a przecież „Dom Derwiszy, Dni Cyberabadu” Iana McDonalda można by zaliczyć do obu powyższych gatunków. Właśnie za te „braki” cenię tę książkę. Co więc dostaniemy? Niesamowicie bogaty i barwny świat Indii oraz Turcji, w których to co codzienne, zwyczajne i ludzkie miesza się zarówno z tym co wiekowe i historyczne, jak również z nowoczesnością stechnicyzowanego świata.
Codzienność w centrum
Po pierwsze należy wyjaśnić tym, którzy sięgają po recenzję przed lekturą książki, co nie jest takie oczywiste, że wydana przez Wydawnictwo MAG pozycja składa się tak naprawdę z dwóch książek – „Dni Cyberabadu” to zbiór opowiadań rozgrywających się w Indiach przyszłości, natomiast „Dom Derwiszy” jest powieścią z akcją osadzoną w futurystycznym Stambule. Przy czym cechę futurystyczny należy tu rozumieć raczej jako przyprawę dodaną dla smaku niż jako główną esencję potrawy.
Gdy we wstępie pisałem o mieszance codzienności z innymi elementami, nie było to tylko słowo użyte do poprawy kompozycji zdania. Ian McDonald naprawdę kładzie duży nacisk na zwyczajność i normalność. Zarówno opowiadania, jak i powieść to w większości historie wyjęte z dnia powszedniego pewnych jednostek – chłopak szukający dziewczyny w kraju, w którym stosunek kobiet do mężczyzn jest przytłaczający, dzieciak zauroczony lokalną jednostką wojskową, która przypomina bardziej młodociany gang, czy dziewczyna, która szuka pracy w marketingu, bo nie chce wracać do rodzinnej wioski i upraw pomidorów.

W tych historiach technologia i kultura przyszłości są wszechobecne, ale to nie one są w centrum uwagi, które zajmuje jednostka. Taki zabieg sprawia, że świat jest dużo bardziej wiarygodny. Tak jak dla nas normalne są telefony komórkowe, tak dla ludzi w przyszłości wszechobecne AI pomagające w każdym zadaniu mogą być normalnością. Pisarz nie krzyczy do czytelników – „Patrzcie, patrzcie, on wdycha nanocząsteczki jak narkotyk dający mu super możliwości. Bajer nie? Jaka technologia jaka przyszłość?!” – Wdycha to wdycha, tak jest bo każdy w tej historii szprycuje się wspomagaczami jak my suplementami. No dobra, nie każdy, ale obecnie też mamy przeciwników takich tabletek, a jednak koncerny farmaceutyczne z roku na rok sprzedają ich więcej. Chodzi mi o to, że autor nie wymyślił technologii i nie obudował świata wokół niej, raczej zastanowił się, jak dzisiejsze problemy wyglądałyby gdybyśmy mieli narzędzia przyszłości do ich rozwiązania.
Wielkie brzemię niezwyczajności
Trochę oszukałem mówiąc, że wszyscy bohaterowie są przeciętni, nie do końca, ale i w ich nadzwyczajności nie ma nic niezwykłego. Jedno z opowiadań stanowi historię bramina – genetycznie udoskonalonego dziecka, które może żyć dwa razy dłużej, ale także starzeje się dwukrotnie dłużej – w ciele 13 latka znajduje się 26 letni mężczyzna. Jego nienaturalnie długie trwanie nie tylko wiąże się z problemami takimi jak potrzeby dorosłego w ciele dziecka, ale także doprowadza do tego, że w kwiecie wieku to co miało być boskim darem staje się ślepą uliczką rozwoju, który pogalopował w zupełnie inną stronę. Mimo że bohater tego tekstu nie jest „zwyczajny” w naszym rozumieniu tego słowa, to w żadnym razie nie jest wybrańcem, tym jedynym i osią świata. Jemu podobni pojawiają się także w innych tekstach i innych rolach tworząc spójny świat.
Nawet w przypadku historii o dziedziczce jednego z dwóch zwaśnionych indyjskich rodów, które swą potęgą władają całym krajem, nie miałem wrażenia, że jest ona jakąś superbohaterką. Wręcz przeciwnie Ian McDonald w mistrzowski sposób pokazuje, że im dana osoba jest potężniejsza i bardziej niezwykła tym silniejsze są czynniki, które nią kierują i wpływają na jej los.
Wreszcie nie Stany
Kolejną z cech, która świadczy o wyjątkowości światów wykreowanych przez pisarza jest ich odmienność od standardowej amerykocentrycznej wizji przyszłości. Zarówno Indie z opowiadań, jak i Stambuł z powieści to scenerie kompletnie różne od zimnych ulic Nowego Jorku przyszłości czy, także już sztampowych, klimatów NeoTokio. Dla mnie to gigantyczny plus, gdyż mimo, że kocham Gibsonowską wizję cyberpunku, to jednak już wiele elektryczności w stykach przepłynęło od czasu jej premiery, a ja czytając kolejne historie z tego gatunku mam wrażenie, że stanął on w miejscu odszedłszy ledwie kilka kroków z cienia swego ojca.

Nie wiem na ile wizje spraw codziennych Hindusów i Turków w tekstach McDonalda są zgodne z prawdą, ale ja, jako osoba nie znająca tych kultur zbyt dobrze, miałem wrażenie, że są one specyficzne dla tych światów na tyle na ile nie muszą być uniwersalne dla każdego człowieka. Wielkie ukłony.
Łyżka rdzy w beczce chromu
Mimo wszystko twórczość pisarza nie jest dla mnie jedynie lśniącym na piedestale ideałem. Nie wiem do końca z czego to wynika, ale nie czytałem tej książki z zapartym tchem jak niektóre pozycje z gatunku sci-fi. Na początku lektury powieści miałem nawet dość długi przestój. Może zwyczajnie nie trafiłem z wyborem książki w odpowiedni do niej nastrój, a może jednak zabrakło mi trochę szaleństwa w wizjach Iana. Położenie tak dużego nacisku na codzienność i spójność świata sprawiła, że tylko nieliczne z opowiadań (na pewno nie powieść) wyróżniały się pomysłem na ewolucję przyszłości. Inne stanowiły raczej ciekawe wykorzystanie krążących od lat wokół gatunku elementów.
Ostatecznie jednak uważam, że książkę warto polecić i nikt kto kocha science-fiction nie powinien się na niej zawieść. Wydana została w ramach serii „Uczta Wyobraźni” i z pewnością taką ucztę stanowi. Co więcej wiem, że „Dni Cyberabadu” stanowią powrót do świata pierwotnie wykreowanego w wielokrotnie nagradzanej „Rzece Bogów”. Nie czytałem jeszcze wspomnianej książki, ale zamierzam to niedługo nadrobić. Oczywiście opinią podzielę się z Wami.
Sebastian Sienica
