Dżentelmen powinien zaskakiwać – recenzja nowej produkcji Guy’a Ritchiego

„Dżentelmeni” w reżyserii Guy’a Ritchieego to największe pozytywne zaskoczenie, które spotkało mnie w tym roku. Dla jasności, nie twierdzę, że jest to najlepszy film jaki oglądałem od stycznia w kinie, bo tutaj jednak stawiałbym na „Jojo Rabbit” albo „Małe Kobietki”. Z pewnością jednak jest to film, po którym nie spodziewałem się wiele, o którym przed premierą wiele nie słyszałem, a który wywarł na mnie bardzo miłe wrażenie.

Jak przystało na Guy’a Ritchiego, historia w „Dżentelmenach” jest efektowna, zagmatwana i do samego końca nieprzewidywalna. Film opowiada o Mickey’u Pearsonie, potentacie nielegalnej produkcji i dystrybucji marihuany, który chce wycofać się z biznesu. Zamierza tego dokonać sprzedając całą przestępczą infrastrukturę za sumę, która ustawi go do końca życia. Jak możemy się domyślać transakcja to niełatwa i wiele sił będzie starało się pokrzyżować plany protagonisty. Chociaż słowo protagonista nie jest tu najlepszym określeniem, bo film ma wielu równorzędnych bohaterów, których drogi krzyżują się w nieoczekiwanych momentach.

Właśnie wspomniana wielość bohaterów i wątków, jak również sposób prowadzenia narracji – nieliniowy i chaotyczny – sprawiają, że zaskoczeń podczas seansu będzie niemało. Reżyser niejednokrotnie udowodnił, że potrafi wywołać zainteresowanie widza i przykuć go do fotela, mnie przykuł. Chociaż film jest dość długi, nie nudziłem się ani chwili. Zawsze na ekranie działo się coś ciekawego lub mogłem spodziewać się, że zaraz coś się wydarzy. To wielka zaleta, bo mimo mnogości postaci, rekwizytów i ujęć, z których obserwujemy fabułę, film nie jest przeładowany akcją. Są także sceny spokojniejsze, ale niemniej angażujące. Świetna gra aktorska i dialogi pisane z pazurem powodują, że w moim odczuciu, film będzie ciekawy także przy kolejnych podejściach, co jest osiągnięciem przy historii tak mocno bazującej na zaskoczeniu.

Tytułowi dżentelmeni nie zawsze zachowują się po rycersku. Jeśli widzieliście kilka filmów gangsterskich pewnie domyślacie się na co spoglądają postaci.

Guy Ritche potrafi także wzbudzić pewien rodzaj empatycznego odczucia, które bardzo poprawia jakość seansu. O co mi chodzi? Najprościej byłoby to określić mianem poczucia mocy i stylu. Siedząc na fotelu kinowym wiedziałem, że przedstawieni bohaterowie są sprawczy w tym co robią, zachowują się, używając młodzieżowej gwary sprzed kilkunastu lat – „cool”. Postaci są przerysowane, ale nie niezniszczalne, co stanowi bardzo istotny szczegół. To nie maszyny wojny pokroju Rambo, czy tajni agencji jak James Bond. To dalej zwyczajni gangsterzy, którzy wiedzą co robią, ale nieraz zdarza im się coś schrzanić dokumentnie, jednak także w sposób widowiskowy. Wszystko to sprawia, że dopingowałem nie jedną postać, ale kilka naraz, nie mogąc zdecydować się, kogo sukces jest dla mnie istotniejszy. Lubię to uczucie rozdarcia.

Na koniec coś, co niekoniecznie jest wadą, ale jednak sprawia, że trochę inaczej podchodzę do kolejnych dzieł reżyserów o charakterystycznych stylach. Tutaj widać i słychać, że jest to film Guy’a Ritchiego, widać i słychać bardzo mocno. Powiecie widać, bo to kino autorskie, takie ma być, ma być rozpoznawalne od razu. Zgodzę się, dlatego nie nazywam tego wadą, jednak uważam, że dobrze, gdy twórca potrafi tworzyć dzieła różnorodne, charakterystyczne, ale odmienne. Czy w tym wypadku tak jest? I tak i nie.

Z jednej strony widać, że poszczególne filmy reżysera się od siebie różnią i widać także rozwój, zwłaszcza w palecie stosowanych środków narracyjnych. Z drugiej strony, mam trochę wrażenie, że kolejny raz oglądam bardzo podobną historię, znów w innej stylistyce, ale jednak nieznacznie tylko zmienioną. Mi to nie przeszkadza, bo jak już wspomniałem, nie jest to całkowicie to samo danie, a ja już tak mam, że gdy polubię dany rodzaj kuchni to musi minąć wiele czasu, zanim mi się przeje. Mam tylko nadzieję, że Ritchie nie będzie ustawał w dodawaniu nowych przypraw i w eksperymentowaniu ze sposobami podania swoich posiłków, wtedy będę kontent jeszcze bardzo długo.        

Sebastian Sienica

2 myśli na temat “Dżentelmen powinien zaskakiwać – recenzja nowej produkcji Guy’a Ritchiego

  1. Dzięki za wyczerpującą i ciekawą recenzję! Czuję się zachęcona do obejrzenia, chociaż nie przepadam za wielowątkowością i dużą liczbą bohaterów, bo się wtedy zaczynam gubić i stresować, że nie wiem co jest grane… Ale może warto spróbować 😀

    Polubienie

Dodaj komentarz