„Człowiek z Wysokiego Zamku” to klasyczna powieść autorstwa Philipa K. Dicka z gatunku historii alternatywnych. Książkę czytałem dość dawno i będąc szczerym, niewiele z niej pamiętam, poza ogólnymi założeniami i wrażeniem jakie na mnie wywarła. Dzisiaj chciałbym opowiedzieć jednak o czymś co powstało na jej kanwie – o serialowej adaptacji od Amazon Prime. Adaptacji, od której się odbiłem, by po pewnym czasie dać jej druga szansę. I wiecie co? – gdybym tego nie zrobił wiele bym stracił.
Trudne początki
Zacznijmy jednak od początku. Świat wykreowany przez K. Dicka to historia, w której naziści i Japończycy wygrywają druga wojnę światową. Stany Zjednoczone zostają podzielone na dwie strefy wpływów – niemiecką na wschodzie i japońską na zachodzie – rozdzielone pasem strefy neutralnej. Akcja toczy się w latach sześćdziesiątych, w których napięcia między dwoma supermocarstwami nasilają się. To jednak nie wszystko, bo opisany świat nie jest jedynym. Wśród członków ruchu oporu krążą taśmy filmowe przedstawiające nieprawdopodobne wydarzenia takie jak wygrana aliantów. Zarówno naziści jak i japońscy imperialiści poszukują tych filmów. Za nagrania odpowiedzialny jest tytułowy Człowiek z Wysokiego Zamku i podróżnicy z innych rzeczywistości, którzy przemycają taśmy ze swoich wymiarów.

Jak można zauważyć, historia nie należy do sztampowych. Niektórym może się nawet wydać przekombinowana. Zapewniam jednak, to błędne wrażenie. Tutaj wszystko jest przemyślane i pełni istotną funkcję w fabule. Skoro jest tak interesująco, to dlaczego za pierwszym razem odbiłem się od serialu – mógłby zapytać ktoś dociekliwy, przypominając sobie co napisałem we wstępie. To nie świat mnie zraził, bo w tym zakochałem się już podczas lektury powieści, ale pewna sztywność gry aktorskiej w pierwszych odcinkach. Dokładniej w pilocie, bo przy pierwszym podejściu oglądnąłem tylko ten jeden epizod. Powiedziałem sobie, że tak, wrócę do kolejnych, ale wiecie jak to jest.
Naprawdę wróciłem, ale dopiero po 5 latach – dobrze, że na niektóre rzeczy nigdy nie jest za późno. Przy ponownym zetknięciu z produkcją Amazona, znów początkowo psioczyłem na pewne deficyty gry aktorskiej. Będąc jednak uczciwym, tak naprawdę nie ma tragedii, po prostu wymuskane artystycznie produkcje HBO (i kilka innych seriali Amazon) nazbyt mnie rozpieściły. Osoby, które lubią oglądać tasiemce pokroju Supernaturali, marvelowych adaptacji komiksów, czy innych bardziej popularnych odcinkowców, zapewne nawet nie zauważą o co mi chodzi. Co więcej, wspomniany mankament występuje głównie na początku – później jest pod tym względem dużo lepiej, chociaż moim zdaniem nadal nie jest to pierwsza liga.
Dwie płaszczyzny
Wszelkie wady są jednak przyćmiewane przez zalety serialu. Po pierwsze historia w nim opowiedziana jest wspaniale wyważona. Wątki polityczne, globalne i społeczne mieszają się z osobistymi historiami i tragediami zwykłych ludzi. Dane mi było wyciągać wnioski i snuć rozważania na podstawie obu tych płaszczyzn. Niełatwo jest wykreować historię, w której tak skala makro, jak i mikro, będą wciągające. Tutaj się to udało.
Gdy spoglądałem na perspektywę globalną w mojej głowie pojawiały się pytania o przyczyny ludzkich postaw, o naiwność idealizmu i głupotę mas, o genezę władzy i zwodniczość pięknych haseł. Nie zawsze były to myśli oryginalne, ale zawsze prowadziły mnie drogą wymuszającą poszukiwanie odpowiedzi, które nie byłyby najprostsze. Świadomość, że mógłbym żyć w systemie opresyjnym, w czasach systemowej nienawiści jest przerażająca, ale i odświeżająca – otwierająca oczy.
Wszechobecna symbolika ucisku
Obawiam się jednak, że wiele osób, powiedzmy, bardziej zamkniętych na przemyślenia, może błędnie zinterpretować intencje autorów przyświecające im przy kreowaniu obrazu mocarstw. Twórcy od Amazona, postarali się bowiem, by wizualna rzeczywistość zarówno Imperium Japońskiego, ale przede wszystkim Rzeszy, była jeszcze bardziej przejaskrawiona niż oryginał.

Tutaj naziści symbole swojego opresyjnego reżimu umieszczają w gęstości tak wielkiej, że można odnieść wrażenie, że poza swastyką nie mają jakiegokolwiek innego elementu „zdobniczego”. Swastyka pojawia się nie tylko na mundurach, czy budynkach, ale także na firankach, lampkach i innych przedmiotach codziennych. Podkreśla to tylko jak zachłanne są systemy totalitarne jeśli chodzi o ingerencje w każdy aspekt życia obywateli.
Przyznam, że dużo bardziej wolałem sceny w Japońskiej strefie okupacji, gdyż były one zwyczajnie mniej nudne od monolitycznego wizerunku Rzeszy. Nie oznacza to jednak, że ten system był bardziej humanitarny. Japończycy także zostali przedstawieni jako bezlitośni okupanci i widz nie powinien mieć wątpliwości, że na pytanie o lepszego zaborcę jest tylko jedna odpowiedź – żaden.
Głębia i wielowymiarowość
Tyle na poziomie globalnym, jednak gdy przejdziemy do perspektywy jednostek robi się bardzo intrygująco, ponieważ podział na dobrych moralnie okupowanych i złych okupantów nie jest już tak jasny. Oczywiście dalej widzimy, że przedstawiciele totalitarnej władzy każdego z systemów to jednostki okrutne, bezwzględne i potworne, ale już nie do końca plugawe.
Nie chcę być źle zrozumianym – po serialu nie doszedłem do wniosku, że to co robiły „złe” postacie należy usprawiedliwiać i zrównać ich czyny z działaniami ofiar, ale powinno się zrozumieć ich motywacje. Dzięki temu można uniknąć zamienienia się w podobne indywidua, co zresztą pięknie pokazuje ostatni sezon, w którym możemy zobaczyć jak zwykli obywatele odreagowują ucisk na pewnych grupach i jednostkach, które same były uciskane przez system. Zrozumienie przyczyn zbrodni nie równa się akceptacji takich czynów i tego moim zdaniem uczy serial.
Uczy także tego, że w skomplikowanym życiu ludzi, gdy na każdą jednostkę oddziałują tysiące czynników, nacisków i przekonań, nie ma prostych odpowiedzi i jednoznacznie pozytywnych cech. Zarówno postać Nadinspektora Kido, jak i Obergruppenführera Johna Smitha działały powodowane przymiotami takimi jak miłość do ojczyzny, do rodziny, lojalność, honor czy unikanie większego zła. A jednak serial nie zostawia wątpliwości, że ich czyny były zbrodnicze. Piękne jest jednak to skomplikowanie charakterów głównych bohaterów i antybohaterów oraz pokazanie, że na końcu zostają tylko nasze czyny i ,ich konsekwencje, a chęci tracą znaczenie w obliczu piętna jakie odcisnęliśmy na rzeczywistość.
Droga do przejścia
Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że scenarzyści pokazują także, że nie każdy człowiek jest do końca wolny, że owszem kreujemy swoje życie do pewnego stopnia, ale nie na wszystko mamy wpływ. Sam koncept, wieloświata, w którym nasi odpowiednicy z innych wymiarów, mimo podobieństw, obrali inną drogę i zajęli inne miejsce na szachownicy – podsuwa myśl o naszej małości i braku umiejętności przewidywania konsekwencji działań.
„Człowiek z Wysokiego Zamku” to spektakl, w którym figury nie są statyczne. Bohaterowie przechodzą drogę, ewoluują, zmieniają się i dojrzewają. Niemalże każda bardziej znacząca postać, dobra i zła, ma swoją historię, którą opowiada. Jakie miłe było moje zaskoczenie, gdy Juliana Crain, jedna z głównych postaci jasnej strony mocy, przechodzi przemianę. Z irytującej, naiwnej rebeliantki zamienia się w rozumiejącą ciężar decyzji i cenę pewnych działań liderkę wyzwolenia.
Trochę zabrakło
Niestety było także kilka postaci, które, miałem wrażenie, zostały okrojone na pewnym etapie i pojawiły się lub zniknęły, by spełnić jakąś sztywna rolę w fabule – siostra Juliany, Nicole Becker, syn Kido i paru innych. Nie były to cięcia poważnie pogarszające odbiór całości, a jednak trochę zaskoczyło mnie wyciszenie kilku wątków. Na szczęście dotyczyło to głównie bohaterów drugoplanowych.

Ogólnie, mimo pozytywnego odbioru całości, mam wrażenie, że twórcy zaplanowali całość na pięć, a nie na cztery sezony. Roczny przeskok między 3, a 4 sezonem, mimo że wyjaśniony fabularnie i dość logiczny, wydaje mi się wymuszony jakimiś cięciami. Może to tylko mylne wrażenie, ale nie pogardziłbym jeszcze jednym sezonem, pomiędzy tymi wspomnianymi. Te dodatkowe dziesięć odcinków mogłoby umotywować przemianę kilku bohaterów, która co prawda realistycznie wynika ze zdarzeń z poprzednich epizodów, odbywa się niejako poza ekranem.
Kpina losu albo działań przyczyna
Mimo uwag jest to jeden z tych seriali, które nie tylko wciągają i niepokojąco przykuwają do ekranów wywołując syndrom jeszcze jednego odcinka, ale także niosą ze sobą przemyślenia i emocje, które zostają z widzem dłużej niż do zamknięcia aplikacji streamingowej. Zwłaszcza końcówka wywołuje wybuch emocji. Oglądanie bohaterów, których czyny doprowadziły ich do miejsca bez odwrotu ma w sobie coś perwersyjnie przyjemnego i oczyszczającego zarazem. Kojarzy mi się to z uczuciami jakie miały wywoływać greckie tragedie – katharsis spowodowane oglądaniem egzekucji wyroków losu.
Pod tym względem muszę przyznać, że poruszył mnie dużo bardziej los wspomnianych już zbrodniarzy – Kido i Smitha, niż szczęśliwe zakończenie postaci pozytywnych. Dysonans wywołany oglądaniem, z jednej strony słusznej kary, z drugiej zaś potwornej ironii losu, miał na mnie piorunujące działanie. Zwieńczenia historii tych postaci, chociaż różne, są dojmujące, gdyż jasno widać jakie decyzje i błędy doprowadziły je na skraj przepaści. Wrażenie zgrozy potęguje także samo imię i nazwisko Obergruppenführera. John Smith jest wszakże odpowiednikiem polskiego Jana Kowalskiego – zwyczajowym uosobieniem najbardziej pospolitych cech typowego przedstawiciela narodu. To jak przestroga, że każdy Amerykanin (a szerzej, każdy z nas) powinien bacznie przyglądać się swoim decyzjom, by nie skończyć samotnym i przegranym.
Z tekstu raczej jasno wynika moje stanowisko względem „Człowieka z Wysokiego Zamku”. Serial jest godny pochwały, chociaż nie pozbawiony wad. W ogóle uważam, że warto zainteresować się ofertą Amazon Prime, która, jeśli chodzi o seriale, zwłaszcza te dla fanów fantastyki, jest bogata i warta dania jej szansy.
Sebastian Sienica
Źródła obrazów:
